WCG 2010. Krew, pot i łzy. Z naciskiem na pot.

22 08 2010

Polski przystanek WCG za nami. Jako, że w tym roku odbędzie się jubileuszowa 10. edycja światowego finału, Samsung postanowił zrobić w Polsce wszystko z przytupem. Zatrudnił więc profesjonalną agencję Euro RSCG 4D do organizacji eventu, a Headshot Media do obsługi technicznej. Do tej pory za organizacje eventu odpowiedzialni byli „ludzie e-sportu”. Ludzie z pasją, przesiąknięci wręcz chęcią dania graczom i publiczności prawdziwego widowiska. Oczywiście nie wszystkie, jakie do tej pory się odbyły, ale mówię tu o kilku ostatnich latach.

W tym roku było inaczej. Profesjonalna agencja zajęła się profesjonalną organizacją wraz z profesjonalną telewizją e-sportową. Profesjonalizm ten można było już zobaczyć przy okazji konferencji prasowej przeprowadzonej live-online, czyli w tzw. streamingu. Fajna inicjatywa, szkoda tylko, że trwająca prawie dwie godziny dyskusja Pani z Samsunga, Pani z Euro RSCG i gościa z Headshot Media przyprawiła mnie o ból głowy. Pomijam sztywność całego przedsięwzięcia. Chodzi mi o jakość transmisji. Musiałem się przełączyć na komputer stacjonarny, duże głośniki, a cały zestaw pogłośnić na maksa. I tak ledwo słyszałem obecnych w studiu gości, ale szklanki w kuchennych szafkach dzwoniły. WTF? Po transmisji dwa Ibupromy i wracam do pracy.

Dotarłem do Złotych Tarasów ok. godziny 17.00. To późno… i pominąłem tzw. „debatę”, ale to co zobaczyłem przez pierwszy kwadrans pobytu sprawiło, że chyba nie żałuję. Jeśli było inaczej, to mnie poprawcie. Moja podróż z poziomu -2 parkingu pod Złotymi Tarasami prowadziła głównymi schodami ruchomymi i podchodząc pod Multikino zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy. NIGDZIE nie było ANI JEDNEGO plakatu, strzałki, naklejki, czegokolwiek co poprowadziłoby mnie w stronę eventu. Nawet wejście do Multikina nie było w żaden sposób obrandowane. WTF? W jaki sposób Ci biedni ludzie mieli tam trafić?

Parter Multikina czyli Velvet Bar wypełniony był standami z Xbox360, telewizorami 3D Samsunga i wszelkiego rodzaju gablotkami i stoiskami partnerów. Była też scena, na której można było podziwiać Marcina Prokopa i Cyca, którzy starali się rozbawić „publiczność”, tych „okazjonalnych widzów”, którzy znaleźli się w Multikinie, o których Euro RSCG tak dużo mówiło. Pokażmy ludziom, że e-sport to nie tylko „te głupie gry”. Szkoda, że organizator nie wpadł na to, że „przypadkowy widz”, który jest na terenie kina to osoba, która w ręku trzyma bilet na film, stoi w kolejce po nachosy i udaje się do sali kinowej. No dobra, kosztem kwadransa reklam przed filmem mogę postać i zerknąć co się tutaj dzieje. Ale to maks na co mam ochotę. Szkoda, że scena nie wyjechała przed Multikino. Szkoda, że nie została umiejscowiona gdzieś na terenie Złotych Tarasów, jak miało to miejsce do tej pory na fontannie w Blue City. Ci widzowie więc byli kibicami, którzy specjalnie przyjechali na ten event (czyli scena średnio spełniała swoją rolę) lub też graczami, którzy czekają na mecz lub są już po. WTF? Czy scena nie była co roku „tym czymś” co łączy przypadkowych widzów z kibicami i graczami?

Strefa graczy schowana tym razem była „po kątach”, więc bezpośredniej styczności z graczami nie było. Wszystko starano się przekazać w „strefie kibica” w Velvet Bat i w sali kinowej nr 8. Ożeszty w mordę! Nie wiem ile osób mieści sala numer 8 w Multikinie, ale to, że ktoś zaoszczędził tego dnia na klimatyzacji to cios poniżej pasa. Już przed wejściem WALIŁO POTEM. Nie, nie dało się poczuć delikatnego zapachu zmęczenia w zagęszczonym pomieszczeniu. Powiem to dużo precyzyjniej. JEBAŁO POTEM. ŚMIERDZIAŁO. NIE DAŁO SIĘ ODDYCHAĆ. Wszedłem do środka, zobaczyłem wypełnioną po brzegi salę i wybiegłem, bo mój nos odmówił posłuszeństwa. Każdy, dosłownie każdy na WCG śmierdział potem. Ja chyba też. Na poziomie 1, gdzie grano we wszystkie gry oprócz Counter-Strike zasłonięto wszystkie otwory wentylacyjne i odcięto dopływ powietrza. Właściwie nie wiem czy tak zrobiono, ale po atmosferze panującej w środku nie można było inaczej tego zinterpretować. Podobnie na poziomie 2 gdzie grali w Couter-Strike. WTF? Podano graczom wodę i napoje, ale czy nie łatwiej było po prostu podkręcić klimę?

Pominę absolutny brak press-roomu i tej atmosfery „hej, jesteście dziennikarzami? tutaj są kanapy, tu macie transmisję, jest wi-fi, a tutaj są napoje”. Widziałem za to kilka osób z plakietkami VIP dumnie oprowadzanymi przez Panie z Euro RSCG. Nie wiem kim byli, ale miny mieli nietęgie, zatroskane i dumne.

O tym kto wygrał, kto gdzie pojedzie, za co i jakie ma szansę nie będę się wypowiadał bo to nie relacja z WCG. To moje prywatne odczucia. Po raz pierwszy „z zewnątrz”. Po raz pierwszy nie miałem nic wspólnego z organizacją i prowadzeniem WCG choć kilka osób mi to proponowało. Nie wygrały niestety przetargu, więc pech :-]

Szkoda, że event był zrobiony dla sponsorów i VIPów. Ci pierwsi na pewno nie będą zadowoleni. Zostali zamknięci na najwyższym piętrze Złotych Tarasów, w samym kącie, w Multikinie, które z zewnątrz wyglądało jak każdego innego dnia. Impreza będzie kojarzyła się z potem, smrodem i przeczuciem „tutaj się coś dzieje, ale nie do końca jestem pewien co i gdzie”. VIPy odhaczą w kalendarzu wizytę na kolejnym bankiecie „o proszę, a tutaj chłopcy grają w policjantów i złodziei”, a Panie z Euro RSCG odhaczą VIPa w kapowniku. Szkoda, że nie było się gdzie zintegrować z dziennikarzami e-sportowymi, którzy co roku zawsze skupiali się w jednym miejscu. Szkoda, że pomimo zapewnień „wyjdźmy z grami do ludzi”, z grami do ludzi nikt nie wyszedł.

Polskie finały WCG 2010 pod względem organizacji meczów, poziomu rozgrywek i sędziowania były na najwyższym poziomie, co dało się usłyszeć nie tylko od chłopaków z Headshot Media, ale też i od samych graczy. Oby z Los Angeles nie tylko Frag eXecutors wrócili ze złotem ;-) Polskie finały WCG 2010 pod względem organizacji eventu nie były tym czego wszyscy byśmy sobie życzyli. Gdyby jeszcze nie waliło tak potem, to może bym przymknął oko na niedoróbki w postaci pochowanych po kątach stref graczy, ledwo słyszalnego komentarza i takiej jakiejś integracji tego wszystkiego. Takiego zabrania do kupy całego eventu. Szkoda, szkoda, szkoda.

I nie traktujcie tego wpisu jako żalu osoby, której nikt na WCG nie zaprosił. Wiem, że zżyłem się z WCG i traktowałem to jako coroczne dodanie swojej własnej cegiełki do e-sportu, który wszyscy mniej lub bardziej skutecznie w Polsce staramy się rozwijać i promować, ale bez przesady – to nie pierwsze i nie ostatnie WCG którego NIE prowadziłem ;-)

I tylko Prokop na scenie w sumie dawał radę. Robił to jak prawdziwy rzemieślnik. Czy to Dzień Pieroga w Biesowie, Dożynki w Sierpcu czy dansing dla seniorów w Mińsku Mazowieckim, tak i WCG w Warszawie udało mu się rozruszać ;-)

Ale tak summa summarum (przeczytałem to co napisałem powyżej kilka razy), to jednak tegoroczne WCG zdaje się było (pomijając epizod w Galerii Mokotów) najgorzej ogarniętą edycją ever. No nie mam racji?





30 lat minęło…

17 08 2010

…a ja wracam i wracam do pisania bloga bardzo regularnie, ale jak już chcę coś napisać, to mam jakieś wstrzymanie i chwilę zadumy. I nic mi się nie chcę pisać. Opisuje rzeczywistość słowami, jestem hype-manem swojego własnego życia. Dużo można moich przemyśleń przeczytać na facebook’u, ale tylko dla zamkniętego grona odbiorców. Nie mam miliona „znajomych”, tylko samych ZNAJOMYCH. Kończą się wakacje, skończyłem 30 lat i pora zacząć coś robić. Myślę, że to naprawdę dobry moment, żeby wziąć się w garść. Tak będzie. Póki co, polecam sam siebie w roli cameo, po raz kolejny z chłopakami z Wielkie Joł. TEDE – Dokąd idziesz Polsko? to naprawdę konkretny numer. Podczas kręcenia klipu raz poleciałem na glebę i raz trafiłem przez przypadek mojego oponenta, na szczęście bardzo lekko, w oko. Tak czy siak – Dokąd idziesz Polsko? to super numer.





Nowy adres, nie tylko internetowy…

22 04 2010

Podpiąłem właśnie bloga pod adres www.krooger.pl. W tym momencie posiadam już dwie domeny prywatne. Domena www.krooger.net to moja firmowa wizytówka na GoldenLine. Domena www.krooger.pl to moja prywatna wizytówka na WordPressie, czyli mój blog, który aktualizowałem ostatnio… w ubiegłym roku. Muszę znaleźć jakiś sposób, coś o czym mógłbym pisać dużo częściej.

A nowy adres nie tylko internetowy gdyż od ubiegłego roku mieszkam na Ursynowie, a po roku na Nowoursynowskiej jest Lanciego. Fajnie. Bliżej Metra i Al. KEN ;-)





Video Games Live na szybko…

19 11 2009

Ha! Syn marnotrawny powrócił! Dlaczego dopiero teraz? Niedawno wróciłem z koncertu Video Games Live, który odbył się na Torwarze, a tam spotkałem red. Koso, który powiedział, że znalazł mojego bloga. „Dawno nie aktualizowanego”, zaznaczył. Głupio mi się trochę zrobiło, więc piszę. Nie napiszę co się wydarzyło przez te kilka miesięcy blogowego przestoju. Skupmy się na bieżących rzeczach. Video Games Live. Będzie krótko.

Dlaczego na Torwarze? Dlaczego tak mało osób? Dlaczego tak mało „spektakularnie”? Dlaczego koleś siedzący obok nas zachowywał się, jak by pierwszy raz w życiu wyszedł z domu bez smyczy?

Dlaczego coś takiego jak koncert, podczas którego orkiestra gra na żywo utworzy z prezentowanych na telebimach gier odbywa się w ogromnej hali… sportowej? To oczywiście świetna hala – idealna na koncert Marilyn Mansona czy też innego Iron Maiden, gdzie to nie audiofilskie brzmienie kwartetu smyczkowego i fortepianu jest ważne, a jedynie tzw. pierdolnięcie i ryk wokalisty. Całe piękno muzyki, jak by nie było, poważnej rozeszło się gdzieś po kątach i plastikowych krzesełkach.

Publika nie dopisała. Było ok. 2000 osób, ale jako, że nie jestem dobry w „liczeniu tłumu”, przekazuję co zasłyszałem. Gdyby jednak pozbyć się krzesełek i postawić ludzi pod sceną, to wyglądałoby to jak na koncercie 50 Centa, który odbył się nota bene na tym samym obiekcie, czyli poniżej krytyki. Czy 2000 osób to aż tak mało? Zdecydowanie i absolutnie BARDZO mało! Czy w Warszawie mamy tylko 2000 graczy, którzy poza LOLowaniem na czacie dostrzegają w grze też jej głębszą stronę? Nie sądzę. Na koncercie Method Mana, jednego z kilku członków Wu-Tang Clanu, do klubu The Fresh wcisnęło się ponad 1000 osób, więc odbył się drugi koncert, następnego dnia, na który przyszło ponad 800 osób. Gdyby klub The Fresh był bardziej obszerny i „koncert friendly” – spokojnie tę liczbę można było podwoić! A tutaj? Pozostałe koncerty Video Games Live w Polsce zostały „przesunięte” czyli dyplomatycznie – odwołane. Tak sądzę. Dowiemy się tego dopiero 20. listopada.

Przychodząc na takie, owiane wręcz kultem, wydarzenie muzyczne spodziewałem się, że szczękę będę podnosił kilka razy – przy wejściu, podczas koncertu i na bis. Szczęka nie opadła mi ani razu. Wchodząc dostrzegłem wielką czarną szmatę mającą na celu odgrodzenie wejścia od głównego miejsca wydarzenia, a technicznie rzecz biorąc optycznego „zmniejszenia” obiektu. Po przekroczeniu „szmaty” ujrzałem las plastikow-metalowych składanych krzesełek z Tesco pakowanych normalnie po 10 sztuk w cenie 99,90 PLN. Rozstawione były od samej sceny, aż do „szmaty”. Spokojnie więc zdecydowaliśmy się na miejsca na koronie, aby posiadać nieco bardziej ogólny punkt widzenia. Wtedy naszym oczom ukazała się skromnej wielkości scena z trzema kieszonkowymi projektorami, orkiestrą i chórem w tle. Bieda straszna. Dookoła nas na koronie pustki, jedynie ludzie męczący się na plastikowych krzesełkach skupieni byli dosyć gęsto i wyglądało to, jakby rzeczywiście tutaj przyszli nie przez przypadek. Z resztą fakt, że ktoś oprócz mnie i branży odwiedził koncert było już widać na parkingu pod Torwarem. Wszystkie miejsca pozajmowane – zrobiłem 5 kółek zanim dopadłem „wyjeżdżacza” i stanąłem na pustym miejscu. Pominę fakt, że parkingi pod Lidlem są co najmniej trzy razy większe. Wracając do hali. Powinny być telebimy wielkości Pałacu Kultury, fajerwerki i czerwone dywany. Wyglądało to jak seans w kinie drive-in.

No i wspomniany przeze mnie, mega-podekscytowany koleś siedzący przed nami. Na oko i komentarze dookoła, student Politechniki Warszawskiej („ma sztruksową marynarę i długie kłaki – pewnie z Polibudy”), który tak żywiołowo reagował na to co działo się na scenie, jakby stał na niej zmartwychwstały Jimi Hendrix i wykonywałby solówkę na gitarze, grając palcami u stóp. Gdyby nie wspomniany student – koncert uznałbym za nudny ;-)

Oczywiście sam fakt, że w zaściankowej Polsce odbył się koncert Video Games Live trzeba uznać za sukces i mega-wydarzenie. Oprawa techniczna pozostawia wiele do życzenia, ale Tommy Tallarico wspominał coś o tym, że zobaczymy się w przyszłym roku. Nie wiem jak pozostali, ale ze mną zobaczy się na pewno. Oby w wypełnionej po brzegi Sali Kongresowej lub w Teatrze Narodowym :-]





Dużo za dużo…

26 06 2009

Kończymy materiały z E3. Wiem, że późno, ale się nie sklonujemy – to nie TVP. Jak na złość od powrotu z LA non-stop konferencje, pokazy, pierdoły… człowiek zamiast montować i dziubać, jeździ po mieście. Warta w końcu mnie wyceniła – kwota słuszna – starczy na bajery do Vento. Musimy się z małżonką przeprowadzić do nowego mieszkania na Ursynów – dopiero w poniedziałek kumpel wpada Transporterem i przewozimy sprzęty – niby nie ma ciśnienia, ale jednak jest świadomość, że wszystkiego na raz nie damy rady. Zanim tam zamieszkamy to 10 dniu u moich rodziców (taki warunek) i jazda na nowy kwadrat. Mam nadzieję, że max na dwa lata, a później jak bank da to już na swoje – Ursynów, Gocław, może Saska Kępa. Tak byśmy chcieli. W międzyczasie postawiliśmy na zakup Buldożka Francuskiego. Taki apetizer przed potomkiem, nad którym usilnie pracujemy ;-)

A w weekend jeszcze mam poprawkę jedną. K%$#a! Mógłbym już tę szkołę skończyć może, co?

Jak się z wszystkim ogarnę to dokończę moje wywody o LA, bo mam na to straszną chęć. Nawet posegregowałem sobie kilka tematów w głowie, a to w moim przypadku rzadkość. Już niebawem…

A tymczasem R.I.P. Michael Jackson. Właśnie się dowiedziałem. Nie interesuję mnie czy macał małe dzieci czy nie. Jego muza jest dla mnie czymś czego nikt nigdy już nie powtórzy. Szacunek. Spoczywaj w pokoju.





Jak k$%&a jeździsz ch%#u!!??

10 06 2009

Porażka. Dzwon. Ledwo co wróciłem z LA, gdzie kierowcy są fatalni, uradowany, w końcu na swoich śmieciach. Warszawa, prawdziwe korki, Polska, moje cholernie sztywne i narowiste Vento. No i nie może być tak pięknie. Tafił się amator czterech kółek. W zdezelowanym Polonezie, poklejonym, połatanym… Kurwa! Takie samochody przymusowo powinny zaliczać złomowanie!

Stoję ja sobie na światłach, ówczesnie zmieniając pas na prawy gdyż chciałem skręcić i nagle… Raz! Dwa! Trzy! Ktoś się we mnie wbił… trzy razy! W bagażnik! W moje kochane Vento, które miałem następnego dnia wypucować na myjni, pojeździć nieco (bo spraw do załatwiania po E3 mam dużo), pocieszyć się, a tu taka porażka!

Wysiadam, „rage mode on”, oglądam samochód z tyłu – lampy całe, zderzak cały, klapa cała… ale pogniecione to nieco. Właściwie lekko wciśnięte dołem w resztę samochodu. Oczy w strone kierowcy. Chłop ze wsi, zęby od słońca na wierzchu, obok baba ze wsi, zębów w większej części brak, z tyłu dwójka szkrabów mniej więcej w wieku 10 lat. Na szczęście wszyscy wpięci w pasy. Ja z resztą też byłem. Od kilku lat obowiązkowo się wpinam i jak jestem bez to czuję się wręcz dziwnie. To dobrze – jeszcze mi karetki tutaj brakowało. Cała czwórka z rozdziawionymi ryjami patrzy się na mnie. Łysy, czarne okulary, pluskwa w uchu, 2 metry wzrostu (z ich punktu widzenia) i łapa gotowa do wymierzenia ciosu. Atmosfera w kabicie gęsta.

„Ja hamowałem, naprawdę, tylko… mi sie pedal gazu zablokował!” – tłumaczy chłop pańszczyźniany.

Rage +50. Wyładowuje swoją złość na szybie pacana kierowcy i jego lewym lusterku. Lusterko będzie musiał kupić nowe. A i tak pewnie przyklei na taśmę przezroczystą jak pozostałe elementy „samochodu”. Złość nieco opada. Przy okazji instruuję typa co zrobił źle i przewiduje mu przyszłość, co się stanie, jak nie wycofa zaraz z mojego samochodu. Pokazuje palcem chodnik i siarczyście nakazuje mu tam zaparkować.

Na całe szczęście są wszystkie papiery, koleś kulawy, kobieta bez prawka. Pan kierowca, amator czterech kółek oczywiście prawko B, D, T. Sugeruje mu delikatnie żeby pozostał przy kategorii T i nie wyjeżdżał poza pole po bronowaniu. Cały czas mnie przepraszają, jednocześnie sugerując, że to tak naprawdę to przez przypadek i właściwie to oni przejazdem, że to nie ich samochód. Przez przypadek, przejazdem, nie swoim samochodem władowali mi się 3 razy w tył? No wolne, kurwa, żarty. Godzina 15:00 a ja od rana na jednej kanapce zjedzonej w pośpiechu. Zanim niebiescy się pojawią musiałbym zamówić żarcie bo padł bym z głodu, a w poblizu jedynie „Bar Stadion”. Nie zamierzam oglądać „Faktów” na skrzyżowaniu Targowej i Zielenieckiej. Wybieram opcję spisania oświadczenia. Nie prostestują. Sądzę, że przy okazji uratowałem ich samochód od holowania i Prawo Jazdy gościa. W sumie mogłem im dojebać Policją i skasować z ulic na kilka tygodniu. Nie wiem czy jak się nie rozjechaliśmy, czy jeszcze komuś w dupsko nie wjechali, bo im się „pedał gazu zaciął”.

Ech. Czeka mnie teraz jeżdżenie po ubezpieczalniach, warsztatach i… nie mogę otworzyć bagażnika, a pod koniec miesiąca przeprowadzka… Aaaaaaaaaaa! Chyba zrobię wszystko w ASO i nie będe sobie głowy zawracał, bo mnie niedługo szlag trafi i pikawa wysiądzie.

A miałem na spokojnie spisać prywatne odczucia, a raczej ich kontynuację, z LA. Nie dałem rady. Może znajde chwilę czasu później. Na razie jestem podłamany, zdołowany i sfrustrowany. Mój ukochany samochodzik stoi z wgniecionym tyłem w nocy na parkingu. Chlowiek dmucha, pucuje, czyści, naprawia i co z tego? Mogło być gorzej – mogliby mi skasować całą dupę. Albo mogłem nie mieć wciśniętego hamulca i przydzwonił bym w samochód przede mną. Katastrofa.





E3 at Los Angeles, CA.

1 06 2009

No wiec jesteśmy. Ekipa Imperium Gier Wirtualnej Polski, oddział IGtv dotarł na targi E3. Właściwie to dotarł do Los Angeles w celu zdania relacji z E3 bo same targi się jeszcze nie rozpoczęły. Dzisiaj od 13:00 trwała rejestracja dziennikarzy. Trochę topornie bo komputery się wywalały, ale w sumie poszło to szybciej niż mogłoby się nam wydawać. W międzyczasie dostaliśmy „traffic violation warning” za złe parkowanie. Tak wiem, jestem lamerem, ale naprawdę sądziłem, że rejestracja zajmie 5 minut i zaraz wrócimy do samochodu, więc wybieraliśmy – płacić $12 dolców za parking pod halą lub też ryzykować. Zaryzykowaliśmy. Na szczęście „warning” to nie mandat, ale w bazie LAPD, czy jakiegoś tam ich odpowiednika WaParku już zaistnieliśmy, więc więcej wykroczeń nie przewiduję :-)

Dotarliśmy w piątek lekko po 14:00 czasu LA. Lot był zajebiście długi, siedzieliśmy w środkowym rzędzie foteli i generalnie na moje gabaryty Boeing 777 o powierzchni, która rozwiązała by problemy mieszkaniowe co najmniej w Warszawie, był dla mnie delikatnie za mały. Nie pospaliśmy :/

Wypożyczyliśmy furę (Chrysler Sebring Convertible) i jazda na miasto. Oczywiście GPS działa, wbitka na autostradę i pierwszy szok. Wow! Ale korek! A po chwili – to nie korek! Po prostu tyle samochodów tutaj podróżuje i już. Na 6 pasmowej autostradzie po prostu jedzie się nieco wolniej w tzw. „rush hour”. Jeśli amerykanie nazywają to korkiem, to zapraszam na „Aleje” do Warszawy. Pffff…

Dojazd do miejscówki, w której rezydujemy zajął nam dłuższą chwilę, bo tutejszy GPS pokazuje manewry z takim wyprzedzeniem, że można nie załapać o co chodzi. Nie mam problemów z GPSem w Polsce, a tutaj pierwsza niespodzianka. Ominęliśmy zjazd z autostrady… aaaaale spokojnie – zjazdów Ci tutaj pod dostatkiem. Generalnie Los Angeles ma tak rozbudowany system dróg i tyle autostrad ile NIGDY nie będzie w Polsce. Poważnie. Chcesz gdzieś dojechać? GPS od razu kieruje cię na Highway ponieważ autostrady są WSZĘDZIE… W MIEŚCIE. Nie na obrzeżach… W MIEŚCIE. Po prostu piękna sprawa. Kierowcy? Fatalni – nikt nie używa kierunkowskazów i nie patrzy w lusterka – nie mieliśmy na razie żadnych nieprzyjemnych sytuacji z tym związanych, ale zawczasu kontroluję sytuację na drodze, bo jeżdżą co poniektórzy, jak po pustym polu. Nie jest to Moskwa, gdzie panuje wolna amerykanka, ale lekko nie jest. Generalnie 50% samochodów podróżujących po ulicach to SUV/Truck na mega-wypolerowanych felgach – rozmiar co najmniej 22″, ale znajdują się konkretniejsi kozacy. Lincoln Navigator na 26″ wygląda naprawdę grubo. Nie muszę chyba mówić, że za kierownicą siedzi z reguły pokaźnych rozmiarów murzyn :-) Pozostałe samochody to oczywiście amerykańskie odpowiedniki japońskich marek – Infinity, Acura, itd. I powiem nawet, że takie wynalazki tutaj akurat wyglądają konkretnie i pasują jak ulał. Mercedes czy BMW to tutaj prawdziwy rarytas, a jeśli się na taki trafi to jest na poważnie zadbany! Mógłbym rozprawiać bardzo długo o jeździe po LA, ale nie o tym chciałem pisać.

Dojechaliśmy. Wagabond Inn. Miejscówka, jak z serialu Dexter gdzie główny bohater mieszka. Dzielnica latynoska. Nie zauważyliśmy tutaj zbyt dużo „białasów”, ale wbrew pozorom wszyscy są bardzo mili. Nie wiem dlaczego, ale „Hi, how are you doin’?” bardzo mi się podoba. „I’m fine, how are you?” dobrze nastraja człowieka na resztę dnia. Oczywiście to nie oznacza, że każdy chce się koniecznie dowiedzieć, jak się czuję. To po prostu dłuższa wersja polskiego „Dzień dobry!” ;-) Może gdybym mieszkał tutaj co najmniej rok to zaczęłoby mnie wkurzać, ale na razie jest OK.

Liczba nieprzespanych godzin dobija do kilkudziesięciu. Jet Lag? Fuck Jet Lag! Wagabond Inn, pokój na pięterku, klasyczne amerykańskie okna, klimatyzacja, parking pod oknem, fura zaparkowana… aaaaale prysznic i jedziemy dalej – w miasto – sprawdzić Coast Line, sprawdzić ulice, co się tutaj dzieje. Jak się jeździ. Sebring z pełnym bakiem załadowany, dach otwarty i w miasto. Na szczęście mamy dwa i pół dnia na zwiedzanie. Ale co tu zwiedzać?

Jesteśmy już po zwiedzaniu. Jak było? O tym też napiszę. Później. Póki co skręciliśmy trochę materiału i trzeba to obrobić, bo od poniedziałku rano puszczamy stuff na IGtv. Na koniec dodam, że tak – przyznaję się bez bicia – to moja pierwsza wizyta w USA i mogę sie miejscami za mocno ekscytować pierdołami, ale będe się starał przedstawiać wszystko bardzo obiektywnie.





To tak odnośnie E74.

15 04 2009

Naszło mnie na przeszukiwanie internetu w celu zdobycia niezbędnej wiedzy, w razie gdyby mi się coś z Xboxem przytrafiło. Dodatkowo stwierdziłem, że mój Gamerscore jest przeokrutnie niski – zmieniłem ostatnio kraj zamieszkania (wirtualny) z Polski na UK no i ucywilizowałem swój Gamertag – mam taki sam na PSN, jak i Xbox Live. Zacząłem więc niejako od początku, ale z przyjemnością przechodzę jeszcze raz te same gry. Wracając do słabego wyniku punktowego – gonię za achievementami. Nie chciał bym jednak zdobyć takiego achievementu, jak na obrazku poniżej. Fakt – 80g kusi, ale jednak trzeba później długo czekać na konsolę ;-)

RRoD Achievement

RRoD Achievement





Już od ’99 płynę…

14 04 2009

A tutaj taki mój mały featuring na klipie u TeDego. Wszystko miało mieć swój finał w maju, a tu taka niespodzianka. Wyszło wcześniej i zacnie. Nie żeby to był mój debiut bo „świta” zawsze na klipie się pojawia, ale tutaj wyjątkowo dużo moją gębę widać. Lubię się chwalić to się pochwalę, a co :-) Numer zacny bardzo.





Wiedźmin na konsole przenośne!

1 04 2009

Tak! Mi też było ciężko w to uwierzyć, dopóki sam nie pojechałem i nie zobaczyłem na własne oczy. CD Projekt RED napędzony sukcesem PeCetowego Wiedźmina postanawia wydać grę na konsole przenośne! Zupełnie niezależną od zbliżającej się wersji na Xbox360 i PS3. Dużo szczegółów na temat wydania, intro oraz gameplay tylko u nas. Dostaliśmy ten temat na kompletną wyłączność. Na IGtv Wirtualnej Polski można zobaczyć wszystko co na temat „przenośnego” Wiedźmina udało nam się od CD Projektu wycisnąć. Temat jest gorący!

UPDATE
Tak, tak, to żart prima aprilisowy. Ale tak swoją drogą. Nie chcielibyście zagrać w coś nowego na naprawdę starej konsoli? Czad :-)








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.