Video Games Live na szybko…

19 11 2009

Ha! Syn marnotrawny powrócił! Dlaczego dopiero teraz? Niedawno wróciłem z koncertu Video Games Live, który odbył się na Torwarze, a tam spotkałem red. Koso, który powiedział, że znalazł mojego bloga. “Dawno nie aktualizowanego”, zaznaczył. Głupio mi się trochę zrobiło, więc piszę. Nie napiszę co się wydarzyło przez te kilka miesięcy blogowego przestoju. Skupmy się na bieżących rzeczach. Video Games Live. Będzie krótko.

Dlaczego na Torwarze? Dlaczego tak mało osób? Dlaczego tak mało “spektakularnie”? Dlaczego koleś siedzący obok nas zachowywał się, jak by pierwszy raz w życiu wyszedł z domu bez smyczy?

Dlaczego coś takiego jak koncert, podczas którego orkiestra gra na żywo utworzy z prezentowanych na telebimach gier odbywa się w ogromnej hali… sportowej? To oczywiście świetna hala – idealna na koncert Marilyn Mansona czy też innego Iron Maiden, gdzie to nie audiofilskie brzmienie kwartetu smyczkowego i fortepianu jest ważne, a jedynie tzw. pierdolnięcie i ryk wokalisty. Całe piękno muzyki, jak by nie było, poważnej rozeszło się gdzieś po kątach i plastikowych krzesełkach.

Publika nie dopisała. Było ok. 2000 osób, ale jako, że nie jestem dobry w “liczeniu tłumu”, przekazuję co zasłyszałem. Gdyby jednak pozbyć się krzesełek i postawić ludzi pod sceną, to wyglądałoby to jak na koncercie 50 Centa, który odbył się nota bene na tym samym obiekcie, czyli poniżej krytyki. Czy 2000 osób to aż tak mało? Zdecydowanie i absolutnie BARDZO mało! Czy w Warszawie mamy tylko 2000 graczy, którzy poza LOLowaniem na czacie dostrzegają w grze też jej głębszą stronę? Nie sądzę. Na koncercie Method Mana, jednego z kilku członków Wu-Tang Clanu, do klubu The Fresh wcisnęło się ponad 1000 osób, więc odbył się drugi koncert, następnego dnia, na który przyszło ponad 800 osób. Gdyby klub The Fresh był bardziej obszerny i “koncert friendly” – spokojnie tę liczbę można było podwoić! A tutaj? Pozostałe koncerty Video Games Live w Polsce zostały “przesunięte” czyli dyplomatycznie – odwołane. Tak sądzę. Dowiemy się tego dopiero 20. listopada.

Przychodząc na takie, owiane wręcz kultem, wydarzenie muzyczne spodziewałem się, że szczękę będę podnosił kilka razy – przy wejściu, podczas koncertu i na bis. Szczęka nie opadła mi ani razu. Wchodząc dostrzegłem wielką czarną szmatę mającą na celu odgrodzenie wejścia od głównego miejsca wydarzenia, a technicznie rzecz biorąc optycznego “zmniejszenia” obiektu. Po przekroczeniu “szmaty” ujrzałem las plastikow-metalowych składanych krzesełek z Tesco pakowanych normalnie po 10 sztuk w cenie 99,90 PLN. Rozstawione były od samej sceny, aż do “szmaty”. Spokojnie więc zdecydowaliśmy się na miejsca na koronie, aby posiadać nieco bardziej ogólny punkt widzenia. Wtedy naszym oczom ukazała się skromnej wielkości scena z trzema kieszonkowymi projektorami, orkiestrą i chórem w tle. Bieda straszna. Dookoła nas na koronie pustki, jedynie ludzie męczący się na plastikowych krzesełkach skupieni byli dosyć gęsto i wyglądało to, jakby rzeczywiście tutaj przyszli nie przez przypadek. Z resztą fakt, że ktoś oprócz mnie i branży odwiedził koncert było już widać na parkingu pod Torwarem. Wszystkie miejsca pozajmowane – zrobiłem 5 kółek zanim dopadłem “wyjeżdżacza” i stanąłem na pustym miejscu. Pominę fakt, że parkingi pod Lidlem są co najmniej trzy razy większe. Wracając do hali. Powinny być telebimy wielkości Pałacu Kultury, fajerwerki i czerwone dywany. Wyglądało to jak seans w kinie drive-in.

No i wspomniany przeze mnie, mega-podekscytowany koleś siedzący przed nami. Na oko i komentarze dookoła, student Politechniki Warszawskiej (“ma sztruksową marynarę i długie kłaki – pewnie z Polibudy”), który tak żywiołowo reagował na to co działo się na scenie, jakby stał na niej zmartwychwstały Jimi Hendrix i wykonywałby solówkę na gitarze, grając palcami u stóp. Gdyby nie wspomniany student – koncert uznałbym za nudny ;-)

Oczywiście sam fakt, że w zaściankowej Polsce odbył się koncert Video Games Live trzeba uznać za sukces i mega-wydarzenie. Oprawa techniczna pozostawia wiele do życzenia, ale Tommy Tallarico wspominał coś o tym, że zobaczymy się w przyszłym roku. Nie wiem jak pozostali, ale ze mną zobaczy się na pewno. Oby w wypełnionej po brzegi Sali Kongresowej lub w Teatrze Narodowym :-]





Dużo za dużo…

26 06 2009

Kończymy materiały z E3. Wiem, że późno, ale się nie sklonujemy – to nie TVP. Jak na złość od powrotu z LA non-stop konferencje, pokazy, pierdoły… człowiek zamiast montować i dziubać, jeździ po mieście. Warta w końcu mnie wyceniła – kwota słuszna – starczy na bajery do Vento. Musimy się z małżonką przeprowadzić do nowego mieszkania na Ursynów – dopiero w poniedziałek kumpel wpada Transporterem i przewozimy sprzęty – niby nie ma ciśnienia, ale jednak jest świadomość, że wszystkiego na raz nie damy rady. Zanim tam zamieszkamy to 10 dniu u moich rodziców (taki warunek) i jazda na nowy kwadrat. Mam nadzieję, że max na dwa lata, a później jak bank da to już na swoje – Ursynów, Gocław, może Saska Kępa. Tak byśmy chcieli. W międzyczasie postawiliśmy na zakup Buldożka Francuskiego. Taki apetizer przed potomkiem, nad którym usilnie pracujemy ;-)

A w weekend jeszcze mam poprawkę jedną. K%$#a! Mógłbym już tę szkołę skończyć może, co?

Jak się z wszystkim ogarnę to dokończę moje wywody o LA, bo mam na to straszną chęć. Nawet posegregowałem sobie kilka tematów w głowie, a to w moim przypadku rzadkość. Już niebawem…

A tymczasem R.I.P. Michael Jackson. Właśnie się dowiedziałem. Nie interesuję mnie czy macał małe dzieci czy nie. Jego muza jest dla mnie czymś czego nikt nigdy już nie powtórzy. Szacunek. Spoczywaj w pokoju.





Jak k$%&a jeździsz ch%#u!!??

10 06 2009

Porażka. Dzwon. Ledwo co wróciłem z LA, gdzie kierowcy są fatalni, uradowany, w końcu na swoich śmieciach. Warszawa, prawdziwe korki, Polska, moje cholernie sztywne i narowiste Vento. No i nie może być tak pięknie. Tafił się amator czterech kółek. W zdezelowanym Polonezie, poklejonym, połatanym… Kurwa! Takie samochody przymusowo powinny zaliczać złomowanie!

Stoję ja sobie na światłach, ówczesnie zmieniając pas na prawy gdyż chciałem skręcić i nagle… Raz! Dwa! Trzy! Ktoś się we mnie wbił… trzy razy! W bagażnik! W moje kochane Vento, które miałem następnego dnia wypucować na myjni, pojeździć nieco (bo spraw do załatwiania po E3 mam dużo), pocieszyć się, a tu taka porażka!

Wysiadam, “rage mode on”, oglądam samochód z tyłu – lampy całe, zderzak cały, klapa cała… ale pogniecione to nieco. Właściwie lekko wciśnięte dołem w resztę samochodu. Oczy w strone kierowcy. Chłop ze wsi, zęby od słońca na wierzchu, obok baba ze wsi, zębów w większej części brak, z tyłu dwójka szkrabów mniej więcej w wieku 10 lat. Na szczęście wszyscy wpięci w pasy. Ja z resztą też byłem. Od kilku lat obowiązkowo się wpinam i jak jestem bez to czuję się wręcz dziwnie. To dobrze – jeszcze mi karetki tutaj brakowało. Cała czwórka z rozdziawionymi ryjami patrzy się na mnie. Łysy, czarne okulary, pluskwa w uchu, 2 metry wzrostu (z ich punktu widzenia) i łapa gotowa do wymierzenia ciosu. Atmosfera w kabicie gęsta.

“Ja hamowałem, naprawdę, tylko… mi sie pedal gazu zablokował!” – tłumaczy chłop pańszczyźniany.

Rage +50. Wyładowuje swoją złość na szybie pacana kierowcy i jego lewym lusterku. Lusterko będzie musiał kupić nowe. A i tak pewnie przyklei na taśmę przezroczystą jak pozostałe elementy “samochodu”. Złość nieco opada. Przy okazji instruuję typa co zrobił źle i przewiduje mu przyszłość, co się stanie, jak nie wycofa zaraz z mojego samochodu. Pokazuje palcem chodnik i siarczyście nakazuje mu tam zaparkować.

Na całe szczęście są wszystkie papiery, koleś kulawy, kobieta bez prawka. Pan kierowca, amator czterech kółek oczywiście prawko B, D, T. Sugeruje mu delikatnie żeby pozostał przy kategorii T i nie wyjeżdżał poza pole po bronowaniu. Cały czas mnie przepraszają, jednocześnie sugerując, że to tak naprawdę to przez przypadek i właściwie to oni przejazdem, że to nie ich samochód. Przez przypadek, przejazdem, nie swoim samochodem władowali mi się 3 razy w tył? No wolne, kurwa, żarty. Godzina 15:00 a ja od rana na jednej kanapce zjedzonej w pośpiechu. Zanim niebiescy się pojawią musiałbym zamówić żarcie bo padł bym z głodu, a w poblizu jedynie “Bar Stadion”. Nie zamierzam oglądać “Faktów” na skrzyżowaniu Targowej i Zielenieckiej. Wybieram opcję spisania oświadczenia. Nie prostestują. Sądzę, że przy okazji uratowałem ich samochód od holowania i Prawo Jazdy gościa. W sumie mogłem im dojebać Policją i skasować z ulic na kilka tygodniu. Nie wiem czy jak się nie rozjechaliśmy, czy jeszcze komuś w dupsko nie wjechali, bo im się “pedał gazu zaciął”.

Ech. Czeka mnie teraz jeżdżenie po ubezpieczalniach, warsztatach i… nie mogę otworzyć bagażnika, a pod koniec miesiąca przeprowadzka… Aaaaaaaaaaa! Chyba zrobię wszystko w ASO i nie będe sobie głowy zawracał, bo mnie niedługo szlag trafi i pikawa wysiądzie.

A miałem na spokojnie spisać prywatne odczucia, a raczej ich kontynuację, z LA. Nie dałem rady. Może znajde chwilę czasu później. Na razie jestem podłamany, zdołowany i sfrustrowany. Mój ukochany samochodzik stoi z wgniecionym tyłem w nocy na parkingu. Chlowiek dmucha, pucuje, czyści, naprawia i co z tego? Mogło być gorzej – mogliby mi skasować całą dupę. Albo mogłem nie mieć wciśniętego hamulca i przydzwonił bym w samochód przede mną. Katastrofa.





E3 at Los Angeles, CA.

1 06 2009

No wiec jesteśmy. Ekipa Imperium Gier Wirtualnej Polski, oddział IGtv dotarł na targi E3. Właściwie to dotarł do Los Angeles w celu zdania relacji z E3 bo same targi się jeszcze nie rozpoczęły. Dzisiaj od 13:00 trwała rejestracja dziennikarzy. Trochę topornie bo komputery się wywalały, ale w sumie poszło to szybciej niż mogłoby się nam wydawać. W międzyczasie dostaliśmy “traffic violation warning” za złe parkowanie. Tak wiem, jestem lamerem, ale naprawdę sądziłem, że rejestracja zajmie 5 minut i zaraz wrócimy do samochodu, więc wybieraliśmy – płacić $12 dolców za parking pod halą lub też ryzykować. Zaryzykowaliśmy. Na szczęście “warning” to nie mandat, ale w bazie LAPD, czy jakiegoś tam ich odpowiednika WaParku już zaistnieliśmy, więc więcej wykroczeń nie przewiduję :-)

Dotarliśmy w piątek lekko po 14:00 czasu LA. Lot był zajebiście długi, siedzieliśmy w środkowym rzędzie foteli i generalnie na moje gabaryty Boeing 777 o powierzchni, która rozwiązała by problemy mieszkaniowe co najmniej w Warszawie, był dla mnie delikatnie za mały. Nie pospaliśmy :/

Wypożyczyliśmy furę (Chrysler Sebring Convertible) i jazda na miasto. Oczywiście GPS działa, wbitka na autostradę i pierwszy szok. Wow! Ale korek! A po chwili – to nie korek! Po prostu tyle samochodów tutaj podróżuje i już. Na 6 pasmowej autostradzie po prostu jedzie się nieco wolniej w tzw. “rush hour”. Jeśli amerykanie nazywają to korkiem, to zapraszam na “Aleje” do Warszawy. Pffff…

Dojazd do miejscówki, w której rezydujemy zajął nam dłuższą chwilę, bo tutejszy GPS pokazuje manewry z takim wyprzedzeniem, że można nie załapać o co chodzi. Nie mam problemów z GPSem w Polsce, a tutaj pierwsza niespodzianka. Ominęliśmy zjazd z autostrady… aaaaale spokojnie – zjazdów Ci tutaj pod dostatkiem. Generalnie Los Angeles ma tak rozbudowany system dróg i tyle autostrad ile NIGDY nie będzie w Polsce. Poważnie. Chcesz gdzieś dojechać? GPS od razu kieruje cię na Highway ponieważ autostrady są WSZĘDZIE… W MIEŚCIE. Nie na obrzeżach… W MIEŚCIE. Po prostu piękna sprawa. Kierowcy? Fatalni – nikt nie używa kierunkowskazów i nie patrzy w lusterka – nie mieliśmy na razie żadnych nieprzyjemnych sytuacji z tym związanych, ale zawczasu kontroluję sytuację na drodze, bo jeżdżą co poniektórzy, jak po pustym polu. Nie jest to Moskwa, gdzie panuje wolna amerykanka, ale lekko nie jest. Generalnie 50% samochodów podróżujących po ulicach to SUV/Truck na mega-wypolerowanych felgach – rozmiar co najmniej 22″, ale znajdują się konkretniejsi kozacy. Lincoln Navigator na 26″ wygląda naprawdę grubo. Nie muszę chyba mówić, że za kierownicą siedzi z reguły pokaźnych rozmiarów murzyn :-) Pozostałe samochody to oczywiście amerykańskie odpowiedniki japońskich marek – Infinity, Acura, itd. I powiem nawet, że takie wynalazki tutaj akurat wyglądają konkretnie i pasują jak ulał. Mercedes czy BMW to tutaj prawdziwy rarytas, a jeśli się na taki trafi to jest na poważnie zadbany! Mógłbym rozprawiać bardzo długo o jeździe po LA, ale nie o tym chciałem pisać.

Dojechaliśmy. Wagabond Inn. Miejscówka, jak z serialu Dexter gdzie główny bohater mieszka. Dzielnica latynoska. Nie zauważyliśmy tutaj zbyt dużo “białasów”, ale wbrew pozorom wszyscy są bardzo mili. Nie wiem dlaczego, ale “Hi, how are you doin’?” bardzo mi się podoba. “I’m fine, how are you?” dobrze nastraja człowieka na resztę dnia. Oczywiście to nie oznacza, że każdy chce się koniecznie dowiedzieć, jak się czuję. To po prostu dłuższa wersja polskiego “Dzień dobry!” ;-) Może gdybym mieszkał tutaj co najmniej rok to zaczęłoby mnie wkurzać, ale na razie jest OK.

Liczba nieprzespanych godzin dobija do kilkudziesięciu. Jet Lag? Fuck Jet Lag! Wagabond Inn, pokój na pięterku, klasyczne amerykańskie okna, klimatyzacja, parking pod oknem, fura zaparkowana… aaaaale prysznic i jedziemy dalej – w miasto – sprawdzić Coast Line, sprawdzić ulice, co się tutaj dzieje. Jak się jeździ. Sebring z pełnym bakiem załadowany, dach otwarty i w miasto. Na szczęście mamy dwa i pół dnia na zwiedzanie. Ale co tu zwiedzać?

Jesteśmy już po zwiedzaniu. Jak było? O tym też napiszę. Później. Póki co skręciliśmy trochę materiału i trzeba to obrobić, bo od poniedziałku rano puszczamy stuff na IGtv. Na koniec dodam, że tak – przyznaję się bez bicia – to moja pierwsza wizyta w USA i mogę sie miejscami za mocno ekscytować pierdołami, ale będe się starał przedstawiać wszystko bardzo obiektywnie.





To tak odnośnie E74.

15 04 2009

Naszło mnie na przeszukiwanie internetu w celu zdobycia niezbędnej wiedzy, w razie gdyby mi się coś z Xboxem przytrafiło. Dodatkowo stwierdziłem, że mój Gamerscore jest przeokrutnie niski – zmieniłem ostatnio kraj zamieszkania (wirtualny) z Polski na UK no i ucywilizowałem swój Gamertag – mam taki sam na PSN, jak i Xbox Live. Zacząłem więc niejako od początku, ale z przyjemnością przechodzę jeszcze raz te same gry. Wracając do słabego wyniku punktowego – gonię za achievementami. Nie chciał bym jednak zdobyć takiego achievementu, jak na obrazku poniżej. Fakt – 80g kusi, ale jednak trzeba później długo czekać na konsolę ;-)

RRoD Achievement

RRoD Achievement





Już od ‘99 płynę…

14 04 2009

A tutaj taki mój mały featuring na klipie u TeDego. Wszystko miało mieć swój finał w maju, a tu taka niespodzianka. Wyszło wcześniej i zacnie. Nie żeby to był mój debiut bo “świta” zawsze na klipie się pojawia, ale tutaj wyjątkowo dużo moją gębę widać. Lubię się chwalić to się pochwalę, a co :-) Numer zacny bardzo.





Wiedźmin na konsole przenośne!

1 04 2009

Tak! Mi też było ciężko w to uwierzyć, dopóki sam nie pojechałem i nie zobaczyłem na własne oczy. CD Projekt RED napędzony sukcesem PeCetowego Wiedźmina postanawia wydać grę na konsole przenośne! Zupełnie niezależną od zbliżającej się wersji na Xbox360 i PS3. Dużo szczegółów na temat wydania, intro oraz gameplay tylko u nas. Dostaliśmy ten temat na kompletną wyłączność. Na IGtv Wirtualnej Polski można zobaczyć wszystko co na temat “przenośnego” Wiedźmina udało nam się od CD Projektu wycisnąć. Temat jest gorący!

UPDATE
Tak, tak, to żart prima aprilisowy. Ale tak swoją drogą. Nie chcielibyście zagrać w coś nowego na naprawdę starej konsoli? Czad :-)





Śp. CLICK! – 30.11.2000 – 27.03.2009

29 03 2009

No i stało się. Click! zniknął z rynku wydawniczego w Polsce. Szkoda. Wiadomość spadła na mnie, jak grom z jasnego nieba. W piątek w południe. Szkoda. Wielka szkoda. Paradoksalnie, kiedy debiutowałem w Click! upadało pierwsze pismo, które wychowało mnie i dało zajawkę do dalszego życia – Reset. To dziwne uczucie. To tak, jakby zamykali każdą firmę z której odejdziesz, zostawiając za sobą popiół i zgliszcza. Reset był wtedy nierentowny, Click! dzisiaj okazało się, że też :/

Wcześniejszy Click! nie był zdecydowanie targetowany do mnie. Tak wiem, pracowałem w Click! ponad 4 lata – robiliśmy pismo multiplatformowe. Pracowałem w samym magazynie, jak i projektach, które powstawały przy okazji. I dodatkowo jeszcze otarłem się gościnnie o kilka innych redakcji wydawnictwa Bauer. Ba! Swego czasu napisałem recenzję gry nawet do “Twojego Weekendu”. Tak, tak! Szkoda, że nie mam w swoim archiwum tego numeru. Toż to rarytas :-) No i szkoda, że nie widzieliście red. nacz. owego pisma. Prawdziwy sugar-daddy na pełnej konspirze :-)

Ale nie o tym. Po wywaleniu wszystkich warszawskich redaktorów (to miało miejsce niedługo po tym, jak przeszedłem z Click! do 4fun.tv – dziwny zbieg okoliczności… znowu!), pismo zaczęło być kierowane mocno do użytkowników komputerów PC. Utrzymywało się na rynku i jego sprzedaż, o ile mi wiadomo była na satysfakcjonującym poziomie. Pismo było mi obojętne. Zawsze lubię być na bieżąco, więc śledziłem, ale powiedzmy – nie wgryzałem się za bardzo ;-)

Wgryzłem się nieco bardziej, kiedy to po dosyć owocnej rozmowie z Tymonem postanowiliśmy, że będe jego tajnym warszawskim korespondentem. Co by chłopaków nie transportować z Wrocławia do Warszawy, ja miałem się zająć lokalnymi sprawami związanymi z pokazami, beta testami, etc. Fakt, faktem, że na nawał pracy nie mogłem narzekać, ale odbywało się to całkiem sprawnie. Powstało nawet kilka tekstów. Wróciłem do pisania w czasopiśmie! Tego było mi trzeba!

Moje pierwsze teksty pojawiły się w “nowym” Click! tuż po odświeżeniu szaty graficznej i formatu pisma. Click! w końcu zaczął być “dla mnie”. I to wcale nie dlatego, że zacząłem do niego pisać. Nie! Czysta forma, białość, przejrzystość i… multiplatformowość. Tymon – to był strzał w dziesiątkę! Dzięki, ze dałeś mi szansę pisać w Nowym Click! Dokładnie takim, jakim chciałem, żeby był! Tekst o Guitar Hero: Metallica już niestety nie powstał :-(

Niestety okazało się, że re-launch Click! nie powiódł się, a wyniki sprzedaży były najprawdopodobniej mizerne. Wszystkiego winien kryzys, a Balcerowicz musi odejść!

Cholera. Słaba opcja. Ja wiem, że Click! był dla “casuali” i dzieciaków. Ale właśnie się zmienił! Teksty zaczęły być poważne, a format idealny dla starszego odbiorcy. Tylko to logo mi się nie podobało :/ Dlaczego nikt nie dał mu szansy? Dlaczego ktoś w Bauerze się obudził i powiedział: “skasujmy dzisiaj Click! – w końcu musimy pokazać, że u nas też panuje kryzys!”. No bo innych intencji nie czuję.

Łączę się w żalu i smutku z czytelnikami, jak i redaktorami magazynu. Rynek pracy zasilił zastęp całkiem dobrych autorów, a rynek zbytu kilkudziesięcioma tysiącami czytelników, którzy zastanawiają się teraz co zrobić.

No i co teraz zrobić?

PS. Specjalnie nie poruszyłem tutaj dogłębnie przyczyn kryzysu światowego, powodów dlaczego upadł magazyn ani tego, jak w dobie internetu i powszechnego dostępu do informacji trudno jest prasie pisanej. Skupiłem się na refleksjach. To one są najważniejsze.

Click! #001

Click! #001 - 25/99 - 30 listopada 1999

Click! #133

Click! #133 - 04/09 - 17 marca 2009





Cisza przed burzą :-)

23 03 2009

Ja wiem, że dawno nie pisałem, a do opisania jest masa rzeczy. Nie było czasu, nie było internetu, nie było TV. Ale to historia z tych mieszkaniowych ;-) Dużo roboty na pewno było. Powstało conieco, Guitar Hero wciągnęło, iPhone też. W końcu kabel do Xboxa podpięty, w końcu NXE zainstalowane. W końcu człowiek może pograć, jak przystało. I dużo reflekcji przez ostatni miesiąc też przyszło.

Blog nie umarł. Już niebawem nowy świeżutki stuff. A teraz muszę zacząć w końcu pisać, bo Tymon wyśle do mnie brygadę ;-) See ya niebawem!

A żeby nie było nudno, to wklejam coś co mnie ROZWALA za każdym razem, kiedy słyszę, a już zdecydowanie, kiedy oglądam :-)





Prezent od żony :-)

28 02 2009

Na naszą pierwszą rocznicę ślubu. Wasza żona też Wam kupiła PlayStation3 z tej okazji? Trafiliśmy akurat na promocję z grą KillZone 2. PS. W końcu przesiadłem się z redakcyjnej na prywatną -> Mój MoBlog

PlayStation 3 KillZone 2 Edition

PlayStation 3 KillZone 2 Edition